Właśnie wróciłam z nad morza i muszę Wam opowiedzieć pewne zdarzenie, którego nigdy sobie nie wybaczę.
Jechałam sobie z mamą i moją koleżanką koło bardzo szerokiej rzeki, kiedy nagle zauważyłam na drzewach na jej drugim brzegu olbrzymie stado kormoranów oraz na wodzie stadko nurogęsi, krzyżówek i jedną kokoszkę. Zatrzymałyśmy się tam, wysiadłam i od razu z trzcin przy brzegu zerwało się 5 czapli siwych. Zatoczyły koło i wylądowały na tym samym miejscu. Pobiegłam na pomost i zrobiłam im parę zdjęć od boku. Zauważyłam, że podpływa do mnie kilkanaście krzyżówek z jedną bardzo jasną samiczką. Sfotografowałam ją, potem stadko nurogęsi, kormorany, mewy śmieszki i ruszyłam w kierunku auta. Chciałam jeszcze sprawdzić, czy nie "pominęłam" jakiegoś ptaka, więc spojrzałam na jezioro przez miejsce, gdzie trzciny były przerzedzone, a tak właściwie połamane i wszystko można było zauważyć. Ze wzrokiem utkwionym w wodzie i stadku nurogęsi zrobiłam krok do przodu i... z połamanych trzcin dwa metry przede mną zerwał się dorodny bąk. Na początku stałam ogłupiała, wpatrując się, jak odlatuje, a potem zrobiłam zdjęcie. Niestety, nic na nim nie można było dojrzeć.
Jestem na siebie bardzo zła z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze - wypłoszyłam rzadkiego ptaka, po drugie - nie zrobiłam mu zdjęcia, a miałam taką genialną okazję!