"Słońce dziś przygrzewa"-Pomyślałam sobie,
"Wycieczkę na bunkier chyba dzisiaj zrobię".
Z tą myślą na rower wsiadam i do lasu się kieruję.
Widzę, coś leży na drodze, w pośpiechu hamuję.
Ptak potrącony, samiec kosa dorosły,
Już muchy jak grzyby po deszczu nań wyrosły.
Biorę worek i kosa doń ładuję,
O preparacji już myśli sobie snuję.
Czas ruszyć dalej, bo bunkier czeka,
A w głowie mej istna myśli przepływa rzeka:
"Czy tam będą ludzie? Czy ptaki ciekawe?
Czy jakiś fajny oskub, znajdę na murawie?
Czy kruki znowu drapieżców będą wkurzać?
A sójki spokój w lesie wrzaskami zaburzać?"
Jadę więc zobaczyć, co i jak jest grane,
Już z daleka widać-kruk drugiemu robi lanie.
Śmigają i kruczą, kręcą się potwornie
Znikają za drzewami, by wyjść z nich ponownie.
Ja do lasku się zbliżam, już beton mi świeci,
Już myszołów z krzykiem nad głową mi leci
W obronie swojego rewiru. Bunkrowa elewacja,
A przed nią krzak rośnie, na nim raniuszków nacja.
Całe stadko i ruch niesłychany, skaczą, piszczą,
A kruki wciąż w zadrzewieniu śródpolnym krzyczą.
Kładę rower na trawie i na nim sobie siadam,
Wygodnie na ramie się właśnie układam
I nagle sobie myślę:" Przez pole przejść muszę,
Zaraz te kruki wrzeszczące uduszę!"
Po ściętym zbożu rower prowadzić trudno,
Wiem już, że nie będzie nudno.
Wkraczam w drzewa śródpolne, rower odkładam
I od razu nosem da ziemi padam.
Oto co widzę: puch jakiejś sowy, a znając życie
Jest to sowiego rewiru kolejne odkrycie.
Co to za sowa? Puszczyk, czy uszatka?
Patrzę na drzewa - nic nie ma. To już jest zagadka.
Parę kroków dalej sójki oskub znowu,
Co się w teren ruszę sójki tylko same.
Wtem patrzę, tu u lisich nor bramie
Leży masa piór.Podchodzę bliżej, a tu prawdziwa dama!
Dorosła samica gąsiorka szczęścia dziś nie miała.
Z drzewa była skubana, to robota tej sowy.
O innym scenariuszu nie było wcale mowy,
Bo oto wśród dzierzbowego puchu, leżało piórko sowie.
Znalezisko początek miało w płytkim rowie.
Drapieżca przeleciał i nad lisią skończył norą
W zadrzewieniu okropnie pachniało oborą,
Bo to ścieżka saren, jeleni i dzików,
A kruki nie zaprzestały swych donośnych kwików.
Usiadły na polu i do siebie wrzeszczą,
Do gardeł się rzuciły, nie przejmując się resztą.
Wciąż się atakując i dziobiąc zajadle,
Uszkodzenia oczu unikając snadnie,
W końcu mnie dojrzały, że patrzę i siedzę za drzewem,
Więc schowały się za pierwszym lepszym krzewem.
Czas leci szybko, już 16.00, więc głodna się zrobiłam,
Wróciłam i w barze schabowego zamówiłam.
Czekając na obiadek znalazłam pióro krucze,
Tych mam dość na dzisiaj, następnym razem na pewno uduszę.