Hej!
Znów nawiedziły mnie dziwaczne sny o ptakach. Były dwa, ale rozgrywały się praktycznie w tym samym miejscu, więc połączę je w jedną przygodę.
Wszystko zaczęło się w miejscu, które przypominało drogę do mojego dawnego domu, ale po prawej stronie nie było pól, tylko biało - niebieskie, półprzezroczyste skały i dwa bardzo płytkie jeziorka, z czego jedno, lodowate, a drugie ciepłe. Połączone były jednym przesmykiem. Poszłam tam zbierać muszelki i wypatrywać rybołowa i orła przedniego. (W tych jeziorkach ryb nie było, a w mojej okolicy nie ma orłów, więc to było takie "snowe" dziwactwo, co mi się wtedy wydawało naprawdę poważne.) Po godzinach wypatrywania tych ptaków, odechciało mi się, a gdy zbierałam się do odejścia, z drzewa nade mną zerwał się najpierw orzeł przedni, a potem rybołów.
Następnego dnia usłyszałam, że sokół ma gniazdo w mojej okolicy, więc poszłam w stronę jeziorek i skręciłam. Trochę dalej znajdowało się pole, na środku pola słup z bocianim gniazdem i kołującym nad nim sokołem. Do gniazda prowadziły drewniane schody, a na nich olbrzymia kolejka z aparatami. Nawet w śnie wiedziałam, że coś ty nie pasuje.
I, prawdę mówiąc, nie pamiętam więcej, bo sen urwał się nagle...i się obudziłam.